pinkblok blog

    Twój nowy blog

    Życiowa szansa

    1 komentarz


    Drugi rok studiów zaczął się dla mnie jako kolejne zasuwanie na ostrych obrotach. Ledwie to minęło parę dni zupełnej swobody, które nastąpiły po zakończeniu pracy w księgarni, a już przychodzi zapieprz. Może i bywają gorsze kierunki, ale jak ma się ich dwa, to robi się tego naprawdę sporo. Tylko w piątki zamykam się w jednym konwersatorium, aby w pozostałe dni latać pomiędzy budynkami różnych wydziałów przypisanych na moim uniwersytecie naukom humanistycznym. Policzyłem na planie, że w sumie mam dwadzieścia różnych zajęć w tygodniu, każde trwa półtorej godziny zegarowej. Podsumowując jest to trzydzieści godzin. Niby wymarzony tydzień pracy z najbardziej utopijnych snów zagorzałego związkowca. Niemniej nie wliczają się w to przejazdy z miejsca na miejsce. Czterokrotnie w tygodniu pokonuję w ciągu ledwie piętnastu minut odległość z Krakowskiego Przedmieścia na Żurawią, a do tego dochodzą wypady na lektoraty na Browarną. Jeżeli ostanę się na obu kierunkach, to będzie to męczący rok. Ale cóż, nie ja jeden tak mam i w gruncie rzeczy sam sobie taki tryb narzuciłem.

    Dzisiaj, na ostatnich zajęciach zmorzony przeziębieniem, zmęczeniem i zimną pogodą (jak ja nienawidzę chłodu, jak mało kto) wylądowałem w budynku służącym swymi pomieszczeniami różnym wydziałom, na Żurawiej. To zabawne, że kilkaset metrów od pl. Trzech Krzyży, najdroższego placu w Europie Środkowej, gdzie w wyluzowanych lokalach z wyluzowanymi cenami najbardziej ludzcy i wyluzowani są chyba w roli ich bywalców socjaldemokratyczni na niby posłowie z naszego Sejmu, tuż obok sklepów dla wąskiego grona elit i salonu Ferrari, UW utrzymuje jeden ze swoich najbardziej obskurnych budynków. Nie poddano go właściwie żadnym modernizacjom, remontom, wszystko jest kompozycją dykty, plastiku i prowizorki, którą tak zabawnie próbują rozświetlić mniej lub bardziej udolnym ubiorem młodzi adepci centrów handlowych. Studiują, kształcą się, ponoć przygotowują swoje kwalifikacje na przyszłość.

    Wraz z czasem moje miasto pięknieje. Wiem, że pięknieje bardziej aniżeli inne regiony. Mimo całego złodziejstwa jakim jest Janosikowe, pożerające jedną trzecią naszych podatków na rzecz ściany wschodniej. Oni przysyłają tu swoich studentów, pracowników biur, ludzi jakichkolwiek, którzy nawet nie meldują się aby utrzymywać moją komunikację miejską, wodociągi i chodniki, a my płacimy za miejsca, w których ledwie pomieszkują w trakcie wakacji.  Mimo wszystko jest tu coraz ładniej, a gdyby wystrzelić w kosmos warszawskie stacje kolejowe, z Białołęki i Bemowa wyjąć płoty, a na Pragę i Stegny spuścić bomby i buldożery, to właściwie Warszawa nie różniłaby się znacznie od miast niemieckich czy francuskich. Ale to wszystko ma swoją cenę. To z czego korzystam ja i moi utrzymywani przez rodziny przyjaciele, to tylko jedna strona medalu. Na pl. Trzech Krzyży jak zwykle wybieram najdroższą knajpę aby skorzystać z toalety, po czym zbieram oburzone spojrzenia klientów z Rolexami na przegubach, ofukujących kolesia, który wpada tu bez płacenia z przystanku autobusowego za kuloodporną szybą. Ofukują inny, obcy świat. Moją publiczną, zapchloną uczelnię do pary z przystankiem pełnym umęczonych twarzy, czekających na wypchany ludzkimi frytkami autobus, który tak gorzko kontrastuje z klasą wyższą opadłą w miękkie fotele okolicznych, drogich kawiarni.

    Jakie to szczęście urodzić się jako biały Europejczyk w domu, który jako tako cokolwiek ugrał na transformacji, a nie ten bezdomny w jaskrawożółtej czapce z logo „Lotto”, podążający po peronie Dworca Centralnego, kiedy ja czekam na pociąg do Łodzi. O dziwo supernowoczesny, niskopodłogowy, błyszczący wszystkim co przyjazne, chociaż zarówno kończy jak i zaczyna bieg na przystankach wyglądających niczym lej po bombie. Bo jak tu inaczej niby określić Fabryczny, na którym nawet minibary z wątpliwymi sanitarnie hamburgerami już dawno mają za sobą czasy swej świetności, o małej architekturze czy hali dworcowej nawet nie wspominając…

    Płaca minimalna w Polsce w 2010 r. wyniesie 1408 zł (tj. 41% średniej płacy krajowej), a w hipermarkecie Carrefour zdarzają się przypadki pracy na zlecenie trwającej po osiem lat. Podczas niedawnych obrad Komisji Trójstronnej strona pracodawców postulat podwyższenia płacy minimalnej do poziomu 50% określiła jako nieracjonalny. Zdaniem ubranych w dobre garnitury przedstawicieli PKPP Lewiatan nieracjonalne jest to aby każdy człowiek uzyskiwał przynajmniej 1717 zł wynagrodzenia. Spróbujcie wyżyć za 1717 zł albo posłuchajcie dowolnego dyżurnego eksperta z którejkolwiek dyżurnej fundacji ekonomistów ekspertów, który powiada cokolwiek o racjonalizacji wydatków. Tymczasem moi koledzy ze studiów na portalach społecznościowych podsyłają sobie co i rusz kolejne obrazki nawołujące do tego aby „wreszcie skończyć z socjalizmem w Polsce” i zlikwidować wszystko co nierentowne. Będę pamiętał o tym dobrze, kiedy po raz kolejny wsiądę na Dworcu Centralnym w zdezelowany pociąg zadłużonej spółki kolejowej, który będzie jechał po rozpadających się torach kolejowych do rozpadającego się miasta Łódź, w którym studiuje moja dziewczyna. Będę pamiętał, że największe długi polskiej kolei to długi wewnętrzne, które mają wobec siebie różne spółki na jakie pokrojono PKP. Dzisiaj bowiem kilkaset milionów złotych zadłużenia za opłatę za korzystanie z torów należących do grupy PKP ma inna kolejowa spółka, należąca do również państwowego przecież samorządu, niejakie Przewozy Regionalne.

    W końcu jesteśmy społeczeństwem równych szans, a rok 2010 został ogłoszony przez Unię Europejską międzynarodowym rokiem walki z ubóstwem i wykluczeniem społecznym. Słyszało którekolwiek z Was o tym? Ja słyszałem tylko o deportacjach tysięcy Romów z Francji, dwóch skrzyżowanych deskach na Krakowskim Przedmieściu i nowym projekcie Janusza Palikota, który pośród swoich piętnastu postulatów programowych nie ogłosił ani jednego o treści gospodarczej. Słyszałem też tylko o tym, że 25% mieszkańców mieszkań komunalnych w Warszawie nie stać na opłacanie czynszu. W najbogatszym mieście w Polsce. Oni tylko nie wykorzystali swoich życiowych szans.

    A co czytam? Zachwycam się książkami Svena Lindqvista wydanymi ostatnim czasie przez W.A.B. i gorąco wam je polecam.

    Muzyka na dziś: Leonard Cohen – The Partisan

    Ojej, jest zupełnie spoko! Moja lista pretensji do świata pozostaje wprawdzie długą – jak by tu ją niby skrócić – niemniej jakoś się tym specjalnie nie przejmuję. Wszystko w moim otoczeniu jest na obecną chwilę bardzo dobrze posklejane, a ja nie przewiduję żadnej katastrofy. Od pamiętnego maja minęły już 42 lata, a rewolucja cały czas nie przyszła. Nie ma sprawiedliwości w świecie, nie ma bezpiecznej przyszłości dla mnie, a na miasto spada brzydka jesień, która brudzi wilgotnymi, zdechłymi liśćmi to całe coraz bardziej rozwarstwione socjalnie gówno. Ale cóż z tym począć, roboty jest bardzo, bardzo dużo. Tymczasem spełniłem swoje największe marzenie o ustabilizowanym związku. Jutro rano miną cztery miesiące od momentu kiedy to leżącej już kolejny raz w mojej pościeli Oli powiedziałem, że chyba chciałbym to co między nami jakoś werbalnie sformalizować. A ona nie powiedziała nie. I nie powiedziała tak do dzisiaj! Sytuacje kryzysowe za nami, a uczucie dalej między nami.

    Dzisiaj latałem po uczelni dopraszając się u jednego z profesorów o zwolnienie z podstaw socjologii na socjologii, albowiem na politologii zaliczyłem już socjologię… Poplątane? Nie, gdzieżby, to tylko cząsteczka skomplikowania tego jak działają dzienne studia na Uniwersytecie Warszawskim. Cały czas gdzieś teraz latam. Cały wrzesień i końcówkę sierpnia spędziłem harując w pracy. Nuuudy, źle płatne, głupi pracodawca wstrętny-kapitalista-wyzyskiwacz-wyzyskiwaczka (a i tak potwór przebrzydły kraken), zero zero czasu na nic, jakiekolwiek sprawy urzędowe, spotkania z przyjaciółmi, czytanie, słuchanie, oglądanie, robienie czegokolwiek. Mało czasu nawet na spanie, a jeśli wierzyć portalom społecznościowym to spanie właśnie jest ulubioną czynnością moich rówieśników. Mojego pokolenia… Polacy wszędzie widzą pokolenia. Pokolenie wyznacza już choćby i jedna cecha, kiedy człowiek to miliardy genów i komórek, czy czego tam, nie znam się. Nie jestem w stanie nawet zapamiętać nazwy kierunku mojej najbliższej przyjaciółki, również Oli. Biologia z elementami fizyki do zastosowania w medycynie specjalność biologia molekularna, czy coś. Niezłe nie? Pewnie tu jest jaki błąd, ale to już może sama poprawi w komentarzach. Tak więc moje pokolenie nie czyta, nie myśli, nie tworzy. Jeśli tworzy to obciach i nicość. No i śpi. Ja nie śpię, wróciłem do normalnego trybu życia i mam masę rzeczy, za które chciałbym się złapać, chociaż właściwie w nic nie wierzę. Krążę nieustannie i latam. I kocham, a kochając znowuż latam pociągami, bo tak się złożyło, że jak zwykle moja dziewczyna musi pochodzić z innego miasta i studiować w jeszcze innym. To nie wymaga podziwu, tylko współczucia.
     
    Tym samym czas na koniec tej baśni w tym miesiącu. Baśni z krainy mobilnej elastyczności, gdzie dla racjonalizacji wydatków należy zamrażać pensje. A Ben Bernanke, szef FED, z dumą ogłasza, że kryzys nie podważył naszych (jego) ekonomicznych praw. Pocieszam się tym, że rok temu kupiłem buty firmy Puma za 200 zł, a od tamtego czasu dostałem jeszcze trzy kolejne pary (butów Converse należących do Nike), sukcesywnie zwracane w świetle obowiązującego prawa konsumenckiego. Łunio pokonał system sasasasasa…
     
    Jak śmiesznie, jakby powiedziała moja Ukochana.
     
    P.S. Zdjęcia Krzysztofa Ibisza pochodzą z jego nowego poradnika, który nie wspomina o operacjach plastycznych, a końcówki kolekcji „Sylwia” oraz sklep obuwniczy „Andrzej” zlokalizowane są w różnych częściach miasta pochodzenia mojej drugiej połowy – Białegostoku. Pod krzyżem udało mi się stanąć ostatniego dnia przed tym, jak oddzieliły go mocniejsze barierki. Niestety przy fleszu nie chciał się utrwalić na zdjęciu, widać winą należy obarczyć to diabelskie urządzenie fotografujące albo mojego brata, ateusza. Szklane naczynie do pieczenia firmy „Pyrex” odnaleźliśmy w kuchni brata mojej dziewczyny i jego żony, a osiedle „Ruda”, jest tak straszne, że nie mogło go tutaj zabraknąć. Takie właśnie to widoki towarzyszą mi zawsze, kiedy jadę tam na rowerze, żeby odwiedzić moją pocztę.



    Muzyka na dziś: The Arcade Fire – Suburbs

    Każdego lata, 1 sierpnia, Warszawa zamienia się w twierdzę wspomnień. Przez najbliższe dwa miesiące, jak zawsze, wszystkie przedszkolaki będą powstańcami, a staruszkowie z nieco większą dozą dumy przypatrywać się będą obłokom kurzu rozwiewanym w zakątkach zapomnianych uliczek, oddzielających konstelacje sennych blokowisk. Po raz pierwszy odkąd sięgam pamięcią, byłem tego dnia w centrum Warszawy, na dworcu. Zabawne, że słyszalne w całym mieście odgłosy syren wieszczących jak zwykle rocznicę godziny wybuchu walk, akurat w podziemiach centralnego odbijają się dalekim echem, niemrawo przebijając się przez rozklekotane składy polskich pociągów i smutne miny… moją i mojej dziewczyny, którą odprowadzam tam, aby uciekła z powrotem do swoich krewnych po weekendzie spędzonym u mnie. Podróżni, często zresztą pochodzący z innych miast, nie zwracają nawet uwagi na podniosłą chwilę i nie przerywają swoich zajęć w czasie problematycznej przesiadki na boleśnie wschodnioeuropejskiej stacji kolejowej.

    Powstanie Warszawskie to powód do dumy dla wielu Polaków, dla których bywa nawet tożsame z mitem założycielskim jakiejś idei, jaką rzekomo uosabia nasze, współczesne państwo. Powstanie to początek myśli jaka przyświecała polskiej demokracji, mówi się. Rzeczywiście było to nietypowe wydarzenie, powiew wolności po pięcioletniej okupacji dokonanej przez totalitarne mocarstwo, inicjatywa o niespotykanym ogromie, która połączyła zarówno największą armię partyzancką wojennej Europy podległą w teorii marionetkowej władzy grającej w rządzenie z odległego Londynu, z prosowieckimi komunistami z Armii Ludowej, a nawet niedobitkami bojowników żydowskich czy rodzimymi faszystami. Powstanie niby łączy nas wszystkich. Zakłada nasze nowe państwo, daje nam czar wspomnień cudownej swobody i do tego jeszcze platformę kompromisu dla liberalnych demokratów, socjalistów, antysemitów i neonazistów. Nie dzieli krewnych, jak czynią to niedzielne dyskusje polityczne przy obiedzie. Doprawdy, osobliwa sytuacja.

    Nigdy nie byłem patriotą. Zwykłem nawet żartować, że skoro macierz miała się zrodzić w Wielkopolsce, to nie sposób kochać taką ojczyznę. Oczywiście nie jest tak, że wyrzekam się swojego pochodzenia, a naród traktuję jako zupełnie obcy. Ale dla mnie to więzi luźne, nic specjalnego, nie wyznaczają wielkich wartości. Ci, którzy tak sądzili i urzeczywistniali tego typu teorie w przeszłości, zwykle czynili zło i odzierali z godności, a czasem nawet życia, innych ludzi. Niegdyś Niemcy, wobec Ukraińców Polacy, tak i dzisiaj z wyjątkowo faszystowską brutalnością Żydzi eksterminują Palestyńczyków. Nie kocham koncepcji narodu, jako wspólnoty, która cokolwiek czuje. Naród nie myśli, nie mówi, nie kłamie, nie dokonuje niczego. Czyni to społeczeństwo, które także jest zbiorowością, ale rzeczywistą, pozbawioną mitów, oddziaływującą realnie, a nie pod wpływem legendarnych historii, wyjątkowo zresztą przesadnie żywych w Polsce, kiedy spojrzymy na inne państwa. Kocham naszą piękną, słowiańską mowę i zbyt często rozczarowuję się rodzimymi sportowcami, ponieważ czuję z nimi tę, powiedzmy, narodową więź, niemniej moją ojczyzną jest Warszawa. Moje miasto, moje miejsce na Ziemi.

    Jestem warszawiakiem z krwi i kości, mówię tutejszym językiem, wracam „za pięć minut”, opluwam podświadomie grójczan, gardzę poznaniakami, kibicuję lokalnej drużynie piłkarskiej, wybieram tutejsze produkty, oburzam się gdy ktoś umawia się pod Czterech Śpiących jako Galerią Wileńską, a miast folderów innych centrów handlowych typu mall czytam z rozkoszą Wiecha, Tyrmanda, felietony Budrewicza. Mam swoje ukochane zakątki. Czy mogę kochać Powstanie? Nie, nie lubię go. Tym młodym ludziom posłanym przez nieodpowiedzialnych polityków i wojskowych na pewną śmierć należy oddawać cześć i nie kpić z rokrocznego wycia syren. Ale w życiu nie umówię się z nikim na celebrowanie ich rzezi w którymkolwiek miejscu świata. Sierpień 44 r. przyniósł zagładę mojej małej ojczyźnie. Tylko wspaniałości społeczeństwa, jako masy zdolnej do regeneracji, można zawdzięczać odrodzenie się murów (choć nie takich samych) mojej stolicy. Jak można fetować tamten zryw, jak można tłumaczyć go pędem ku wolności i młodzieżą rwącą się do walki? Nieodpowiedzialność, ignorancja dla sytuacji politycznej, pokładanie nadziei w osobie Stalina i liczenie na szczęście, które nie ma szans nadejść, sprowokowały śmierć nie kilkudziesięciu, lecz kilkuset tysięcy osób i zrównanie z ziemią przeszło trzech czwartych zabudowań ponadmilionowego miasta o kilkusetletniej historii. Czy rzeka krwi, kaźnia miejsca które kocham oraz ludzi, którzy je zamieszkują, w tym moich przodków, ma być dla mnie powodem do dumy? Nie, to przestroga. Gdyby nie moja dziewczyna, z pewnością byłby to jeden z posępniejszych dni w roku. Tymczasem po raz kolejny marnotrawimy publiczne pieniądze na organizowanie wielkich plenerowych imprez, wydawanie miałkiej jakości literatury – kiepskiej poezji i niezliczonych książek historycznych, które nic nie wnoszą, nagrywanie przeciętnych płyt przez muzyków łapczywie spoglądających na możliwość chapnięcia pewnego, bo państwowego zarobku dzięki nagraniu byle gówna, które tylko liźnie temat pseudoromantycznego ludo- i miastobójstwa. Odbiorcą tego jest z kolei osoba, która nie zna historii w szerszym wydaniu poza ogólnikową wiedzę i nie czuje duszy Warszawy.

    Jakież to zabawne: mozolnie odradzająca się polskość tak ukochała sobie chwilę zagłady swego centrum!

    Mimo wszystko jestem szczęśliwy, chyba znalazłem pracę, zacząłem kurs prawa jazdy, a jedynie lektura Joyce’a mnie pokonała. Ulisses to pierwsza od kilku lat pozycja książkowa, którą porzucam po przeczytaniu półtora rozdziału z osiemnastu, wskutek tego, że rozumiem sens jednego akapitu na dziesięć. Ja, osoba dużo czytająca i pragnąca dobrowolnie chłonąć słowo pisane.

    Skończyłem też Łaskawe.

     
    Muzyka na dziś: syreny alarmowe.

    Niestety blog został założony na portalu, który nie daje możliwości podglądania statystyk p.t. ile spośród Was czytuje wytwory mojej wyobraźni. Wiem, że trochę Was jest, bo z radością czasem słyszę (realnie, nie wirtualnie) komentarze o moich konkretnych myślach, słowach, doświadczeniach, wstawionych pod osłoną nocy i usuniętych po kilku godzinach debilizmach, które wyszły z klawiatury mojego starego, różnych różnych najróżniejszych wpisach w tym miejscu. Z uśmiechem odkrywam jednakże, że w sytuacji kiedy jestem tak szczęśliwy, jak nie wiem czy kiedykolwiek dotąd byłem, a sadzę zdania o tym, że się zakochałem i kocham całym sobą moją najdroższą na całym świecie kobietę, to nikt tego komentować nie chce. Przyciąga nas depresja. Przyciąga żal, cierpienie, narzekanie. Spoko, jak dla mnie może tu nawet nie być ani jednego czytelnika, byleby było tak jak jest. A może i nie. Dzisiaj jest akurat smutny dzień. Bliscy jeżdżą po mnie jak czołgi, tak czasem bywa, to okropne i paskudne, jeżeli nie ma się w tym swojej własnej winy, a tylko poczucie kłucia niesprawiedliwością. A mojej drugiej części, której te wszystkie narosłe negatywne emocje akurat się nie tyczą, nie ma przy mnie, abym mógł przylepić się do jej ciepła. Okropne.

    Poszliśmy ostatnio wspólnie na koncert zespołu Health. Poniżej załączam obrazek – rozmyty nie bo taki tru i w ogóle, tylko ja nie potrafię robić zdjęć, a aparat jest tylko z komórki. Ten dzień nam się nie udał. Jak na ironię zdrowie się skończyło, moja rozchorowana Open’erem dziewczyna zaraziła mnie samego, przed występem zespołu ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej Niemcy przegrali z Hiszpanami w półfinale (a postawiłem 2 zło na tych pierwszych u buka) by zakończyć to obserwowaniem metalowego, gównianego koncertu w centralnym basenie, gdzie tylko hukała perkusja i trzęsły się młode głowy, którym ktoś jeszcze nie wybił z głowy mrocznej strony muzyki lat 90. słuchanej przez polską młodzież w owym czasie. Pierwszy raz w życiu poszedłem na koncert metalowy, bo nie wiedziałem, że słowo noise to eufemistyczne określenie dla niezdecydowania pomiędzy rurkami a plecakiem kostką. Ukochana powiedziała, że zabije mnie, jeśli nie napiszę, że jest jej przykro, że w ogóle mnie na to coś wyciągnęła. Jest. Przeprosiła, tak ładnie, że wiecie no. A co tam. Czasem nawet takie coś brzydkiego pokazuje jak się kogoś wielbi najpiękniej, najpiękniejszego.

    Mam lato, obsesyjnie szukam jakiegoś niezrażającego swoim istnieniem sposobu, bo nie wiem jak chcę zarobkować. Mam ograniczone możliwości wyboru, dwa kierunki studiów zaraz mi zabiorą cały czas. Póki co rozkoszuję się Warszawą, która zamieniła się w prażony beton, gdzie czytam kolejne zalegające od początku sesji książki. Przebrnąłem m.in. przez klasyczną pozycję Edwarda Saida Orientalizm. Teraz rzucam w myślach kurwami, dlaczego zamiast poznawać Nervala, Flauberta i Chateubrianda, katowano mnie kolejnymi dawkami seksualnych frustracji romantycznych zboczeńców wykrzykiwanych z alpejskich szczytów. Ach Edek, dlaczego jesteś z tej lepszej cywilazji… Życie jest okropne, a mój kraj to ojczyzna naturalnej przesady. Przesada leży zbyt mocno w naszej naturze, trawi nas jak rak, jak bliźniacy (w tym jeden już święty, chyba). Nie wiem czy wąsaty ojciec narodu to zmieni. Chyba nie. Z bólem serca oddałem głos na tego neoliberalnego konserwatystę. Pomyślcie, jakie to okropne: lato, ja idę za rękę z ukochaną do komisji w Gdańsku i mam wybór pomiędzy takimi samymi potworami, z których tylko jeden nieco mniej rozdziawia swe kły. To nie mój świat. Ja chcę tak generalnie cieplej, żeby najlepszy nugat był nie tylko w najburżujniejszych delikatesach w galerii handlowej połykającej życie społeczne miasta, tylko na brukowanej ulicy. A przy mnie brzuch mojej ukochanej, w którym odbijają się cienie fal morza Marmara. Chcę do świata, którego chyba nie ma.

    A szkoda.

    Muzyka na dziś: Four Tet – This Unfolds

    P.S. Koniecznie idźcie na nowy film Coenów! Tak rzadko piszę tu o filmach i chyba nawet umknęło tutaj moje uwielbienie dla Whatever Works, ale nie zapomnijcie!

    ½

    Brak komentarzy

    Bezapelacyjnie zaczęło się lato, wyjątkowo przyjemnie poukładane w mojej głowie. Jadę szósty rok z rzędu nad to nasze zimne, brudne morze, by jak zawsze cieszyć się jednak fajną imprezą. Wszystkie egzaminy prysły w zupełną dal, a ja z moją ukochaną drugą częścią będę cieszyć się miłym czasem, którego być może nie zepsuje żadna katastrofa: narodowa czy jakakolwiek mniejsza. Przez poprzednie wypady do Gdyni przegapiłem zmianę rządu, finały mistrzowskich imprez i w ogóle parę jeszcze więcej jakichś różnego rodzaju przełomów. W tym roku limit katastrof narodowych – bo jak wiadomo naród to jednostka: czuje, kocha, a także nienawidzi, je, trawi i puszcza bąki… – został  chyba wyczerpany. Tymczasem ja nie mam się o co przyczepić na swoim prywatnym poletku i jeśli opatrznościowa łajza postanowi mi to zepsuć, będzie to tylko znak nadzwyczajnej niegodziwości charakteryzującej codzienność. Tylko, że ja na szczęście nie krążę na tę chwilę myślami w takich rejonach. Martwi mnie, że nie mam pomysłu na pracę, a go szukam we własnym wnętrzu, no ale cóż – oj tam oj tam! Mistrzem świata znowu będą Niemcy (mówię wam, serio!), karłowaty nacjonalistyczny kryptogej raczej nie zostanie prezydentem (a jeśli nawet, to ma bardzo wąskie kompetencje i tragedii z tego nie będzie), życie będzie się toczyć swoim własnym torem. Nie lubię tego świata na jakim żyję, nie lubię systemu ekonomicznego, który muszę włączyć w swoje życie, minimalizacji tekstu, kuchni i rozumienia higieny, które mnie otaczają itd. Wielu rzeczy nie lubię (czasem nawet tych w sobie samym), w mało czym widzę jakikolwiek sens. Sensem jest bycie z kimś, czym się w tej chwili głęboko napawam. Jestem szczęśliwy, mimo pleśni jaka pojawiła się za kanapą w różowym bloku, mimo braku czasu na przeczytanie wszystkich wartościowych i ciekawych książek (niebawem powracam do Łaskawych Littella, najlepszej książki jaką znam, której geniusz doceniam czytając ją już półtora roku, po drodze przeczytawszy kilkaset innych), mimo tego, że totalizator ciągle coś musi psuć, kiedy przeznaczenie jest mi już przeznaczone, kiedy przynajmniej mam na to ochotę… Takie momenty są po prostu zwyczajnie fajne. Jutro wyciągnę się w łóżku czując ciepło ciała mojej ukochanej i rzeczywistość stanie się tak lukrowana, że zatkam się słodyczą. To jeszcze lepsze od zwrotu za podatek dochodowy, dzięki Pani Poczto!

    Uśmiecham się wprost do klawiatury, bo niestety akurat tego wieczoru śpię jeszcze samotnie!

    Muzyka na dziś: LCD Soundsystem – Home


    Kończy się, kończy się maj i nic nie miałem tutaj ochoty pisać od długiego czasu. Dalej nie mam żadnego groma pomysłów, zwyczajnie układa mi się raz lepiej, raz gorzej. Ostatnio na najważniejszym dla mnie polu baaardzo lepiej. To fajne pole, tylko kurwa szkoda, że na jakiejś dużej Pradze Północ jedno województwo w bok. No ale nic. Dużo czytam i urzekł mnie nowy tomik Wojciecha Bonowicza. Toteż wrzucam tu chodzący za mną od kilku tygodni i nawracający jak bumerang wiersz Dżdżownica. Jeżeli nie pożarła was jeszcze laptopizacja muzyki, twitterowa minimalizacja tekstu i alkoholowa demencja młodzieńcza, to wesprzyjcie jednego z moich ulubionych felietonistów „Tygodnika Powszechnego” i Biuro Literackie skromną kwotą 24 zł. Da się, to tylko dwa i pół piwa w lokalu „Krytyki Politycznej”, gdzie młodzi postępowcy z notebookami ze świecącym jabłkiem w łapkach tylko kontestują i kontestują…

    Ja jestem tutaj. Jeżeli chcesz oglądać
    złocone dinozaury antyki z greckiej drużyny
    świętych na włóczniach królowe jednego popędu
    zaostrzonych rewolucjonistów i ich otępiałe ofiary
    przykłady z węgla wosku szorstkie modele wiedzy
    musisz pójść na piętro. Tu
    jestem ja.

    A dzisiaj po raz pierwszy od 20 lat byłem na Warszawskim Kiermaszu Książki. Przez te 20 lat jak sobie żyję w moim ukochanym mieście, nie było tutaj tej imprezy ani razu, acz teraz na szczęście wraca do swojej świetnej konwencji, której naturalną koleją rzeczy nie było mi dane poznać w oryginale. Dlatego olałem po raz kolejny nadchodzącą wielgaśnymi krokami sesję (a męczą głównie równe wagą egzaminom przedsesyjne kolokwia zaliczeniowe) i rzuciłem się na prześlicznym Rynku Mariensztackim w wir lektur. To zachwycające, że w świecie, którego się nie lubi, gdzie ludzie czytają tylko modne seriale, „Aktivista” i „Metro” w metrze, ktoś organizuje imprezę promującą rzecz tak wspaniałą jak czytelnictwo na ciepłym, świeżym powietrzu, w uroczej przestrzeni ładnej części miasta, w estetycznej i przyjaznej formie, gdzie nie królują trylionowe wydawnictwa p.t. „Jak być skutecznym menagerem i liberałem po kolejnym kryzysie gospodarczym”, a drętwe katolicko-narodowe książki ze stoiska „Frondy” czekają zasmucone, aż wreszcie po kilku godzinach ktoś zechce poczytać próby zrehabilitowania średniowiecznej inkwizycji. Takie dni są fajne, ale moje myśli krążąąąą gdzie indziej… Dlatego nie piszę o prezydencie z wąsami, fruwających flakach, wylewających rzekach i tym jak to gdzie z kim, się najebał, wypieprzył, cokolwiek uczynił. Wszyscy jesteśmy małe robaki, robaczki. Jak dżdżownice.

    Muzyka na dziś: Bird and the Bee – Birthday

    Dzisiaj nie wstałem rano jak pan buk przykazał, olałem zajęcia z prawa korzystając z przysługującego mi kompletu niewykorzystanych nieobecności. Perspektywa nieobcowania z tym czymś z racji nadchodzących świąt czegoś tam, które dają wolne, jest mi niezwykle miłą. Wiedziony mniej więcej dobrym nastrojem, po dwóch dobach nienawiści do wszystkiego co się rusza albo i wręcz nie, zabrałem się za porządkowanie papierów. Było ich całe mnóstwo.

    Jestem osobą, która niezwykle lubi pisać, tworzyć, zapamiętywać, a że mam pamięć dobrą acz ulotną, chętnie sięgam po metodę notowania wszystkiego. Tak jest od zawsze. Jako chłopczyk kochałem uciekać w świat fantazji, nawet nie była to chyba droga żadnego ratunku przed czymkolwiek, tylko efekt bujnej wyobraźni. A że kochałem w tamtym czasie liczby, statystyki i wszelakiej maści szczegóły, uwielbiałem również sobie te moje fantazje podpierać bazą informacji, które zapisywałem na rozmaitych kartkach, których swobodę zawsze wolałem od dopingujących do schematyzowania i porządkowania zeszytów. Ten obyczaj został mi po dzień dzisiejszy, papierów są miliony, raz na jakiś czas (ku rozpaczy mamy tak rzadki) robię w swoim życiu rewolucję, wypieprzając w cholerę cały ten skład, a zachowując tylko pojedyncze, rzeczywiście cenne dokumenty i przypadkiem zaplątane w te kupy własnych zapisanych wyobrażeń i wytworów wartościowe przedmioty.

    Dwa i pół roku temu dostałem laptopa. To było błogosławieństwo, bo po pierwsze pozwalał mi on tworzyć i pisać jak tylko chciałem (blog jest tego wyraźnym przejawem), z drugiej strony, dopingowało do utrzymania porządku. A jeżeli mnie najdą mimo tego jakieś przemyślenia czy literackie pomysły w sytuacji gdy chwilowo nie jestem skomputeryzowany, sięgam raczej po sprezentowany swego czasu mi przez brata notatniczek Moleskine’a albo jeden przeznaczony do tego zeszyt. Trochę starałem się ułożyć własny bajzel, bajzel wyobrażeń. Chyba to mi się nawet udało, bo właśnie przeżyłem pierwszą od czasów przeprowadzki na Marymont przed trzema bodaj laty „papierową rewolucję”. Dokonany przez samego mnie zamach na własne spisane wytwory i wyobrażenia nieraz sam mnie zaskakiwał. Wszystkim poza ilością, którą można obserwować na zdjęciu, tego akurat się spodziewałem. Papierzyska zawalały mi połowę (dużego, wierzcie na słowo) blatu, powierzchnię na dwóch szafkach, dwie gigantyczne szuflady, wszystko pomieszane i poplątane. Jeden wielki chaos.

    W tej scenerii znalazło się miejsce dla wszystkiego. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że w nagromadzonych przez kilka lat stosach „Le Monde Diplomatique”, „Polityki” i „Tygodnika Powszechnego” znalazło się nawet miejsce dla  kilkuletniego „Playboya”. Chwilowe pojękiwania na to, że dojrzewanie każdego chłopca musi odbywać się tą samą, plugawie nikczemną i zabawną z perspektywy czasu drogą, którą postanowiłem wyrzucić z pamięci ze wstydu przed samym sobą, przerwało mi nagłe rozjaśnienie umysłu, przypominające, że tego seksistowskiego szmatławca kupiłem niegdyś dla artykułu Żulczyka o pisarzach-dupiarzach. Swoją drogą jeszcze komiczniejsze jest spojrzenie na początki mojej miłości do literatury, której nie raz daję tutaj wyraz, a która tak karykaturalnie wyglądała u zarania swoich dziejów. Tak jak zresztą wszystkie początki bawią z dłuższego dystansu…

    Teraz patrzę na mój pokój i wydaje mi się boleśnie łysy. Usunąłem najbardziej osobistą rzecz bałaganiarza – bajzel, z którym zżyłem się ja, z którym zżyło się to miejsce, bo bajzel ów egzystował tutaj i rozwijał się od samego początku mojego zamieszkiwania w tymże miejscu. Głupio mi teraz trochę myśleć o moim dziadku, plastyku, po którym zapewne odziedziczyłem miłość do przechowywania wszelkiej maści dupereli i papierów, papierów, jeszcze raz papierów. To on kiedyś mieszkał w tym samym miejscu, no może jeden pokój dalej, ale w tym samym mieszkaniu. Kiedy przeprowadzaliśmy się tutaj, miesiącami odgruzowywaliśmy cały dom z pozostałości po nim, acz piwnicy mającej teoretycznie zaledwie kilka metrów kwadratowych powierzchni, pomimo kilku prób, nie udało się nam po dziś dzień uporządkować.

    Mimo wszystko jestem wdzięczny losowi za to, że bycie alergikiem to silniejszy magnes dla osobistego stylu życia aniżeli mistycyzm bajzlu…


     Muzyka na dziś: Lenny Valentino – Jesteśmy dla siebie wrogami

    I czuwam na tym chmurnym brzegu,
    Zniewala mnie urojeń władza,
    I czuję w błogim zapomnieniu,
    Jak mi powieki sen wygładza.
    Awetikh Isahakian

    Wczoraj oblewaliśmy w gronie po części moich, jak i po części nie-moich znajomych przeprowadzkę naszego przyjaciela w pobliże stacji metra Stokłosy. Urąbałem się do pary z Olą tak, że wracając pierwszym porannym pociągiem, z dużym rozbawieniem towarzyszącym świadomości i ogromnym zmęczeniem kompletnego, energetycznego zjazdu, czułem w sobie takie pokłady alkoholu, które dekonstruują niemalże całkowicie ład kontroli ruchów własnego ciała. Peron tańczył, a ja wiedziałem, że to fałszywa nuta. Szedłem jak zombie, myślałem o tym, o czym wolałbym tego nie czynić.

    Wziąwszy prysznic uwaliłem się na łóżku, aby śnić kiedy już widno, o tym, co paraliżuje mnie od pewnego czasu. Nie obudziły mnie promyki wiosny, która tak cudownie ogrzała chłód ostatnich dni, nie uczyniła tego również moja mama, która w tym czasie jadła z rodzeństwem i jego dziewczyną coś tam w restauracji, z której przywiozła mi ogromną porcję mojego ulubionego nugatu.

    Uczyniła to orkiestra! Sam nie wiem skąd się to bierze, że już któryś raz słyszę z pobliskiego AWF-u dźwięki wielkiej, bałkańsko-cygańskiej orkiestry dętej rodem z filmów Kusturicy. Skąd tacy ludzie biorą się na terenie Akademii i z jakiego powodu grają tam głośno pod gołym niebem – nie mam pojęcia. Chciałbym, żeby wszystkiemu można było przypisać jakieś znaczenie. Obawiam się, że tutaj tego nie uczynię, ale i tak będę się zastanawiał, dlaczego mój skacowany dzisiaj pokój wypełnił się pośrodku dnia filmem Czarny kot, biały kot. 

    Dosłownie przed chwilą mój laptop prawie wypił herbatę, albo może i trafniej byłoby powiedzieć, że to herbata go niemalże wypiła. Na szczęście wszystko dopasowało się, rozlało tak harmonijnie ładnie, że udało się uniknąć zniszczeń. Może tak samo nie są zniszczone moje emocjonalne pragnienia? Jest coraz cieplej, dni się wydłużają, moją głowę bombardują dziesiątki wspaniałych konceptów na pracę z socjologii, porządek elementarnych potrzeb życiowych jest szczęśliwie zagwarantowany. Ale prawda jest taka, że mam ochotę pewną rzecz zrobić. Tyle, że brak mi pewnej dawki odwagi, pewnego poziomu przebojowości, a wszystko to podszywa jeszcze jedno: strach. Lęk, że to się nie uda. Świadomość własnego paraliżu nie zawsze budzi z marazmu. 

    Tym razem chciałbym, żeby coś stało się za mnie. Bo chodzi o moją przyjemność, o moje pragnienie, nie o żaden obowiązek. Patrzę na to, bo to mam na ekranie. Kwestia jednego kliknięcia. Pewnie się na to nie zdobędę. 

    Ach.

     Muzyka na dziś: The Long Blondes – Lust In the Movies

    Mój mały świat, czyli zamknięte w stalowej puszce otoczenie różowego bloku, złapał pierwsze mgnienia wiosny. To dosyć osobliwe stwierdzenie, albowiem trudno mi przypisać cechy tej ogółem rzecz biorąc nasuwającej pozytywne skojarzenia pory roku czemuś takiemu. Jestem niemiłosiernym zrzędą, ale trudno mi odstępować od żelaznych zasad własnego charakteru, aby temperaturę ledwo podskakującą powyżej zera, mrożącą psie kupy, które prężą się dumnie na chodniku jak billboardy po ulicach, czy kałuże, nazywać przebudzeniem przyrody. Stanowczo nie jestem w stanie. Tej „wiosny” po raz kolejny odmarzły mi dłonie, znowu napisałem garstkę wierszy i nie wyszło z tą dziewczyną. Cholera. To ponura zwyczajność, a nie nowy początek.

    Wszystko mi się układa w jedno wielkie złe. Przeczytałem bardzo smutne zakończenie smutnej książki Morisa Farhi o straconym pokoleniu w straconym kraju (o dziwo nie chodzi tym razem o mój własny kraj), jest piątek i nie imprezowałem. Zostaję na studiach, bo wszystkie zaliczenia z pierwszej sesji mam już za sobą, niby jest fajnie i idę do przodu, ale czy to są pewne kroki? Nie. Ja nawet nie wiem, co ma być moim dążeniem, bo niczego specjalnie nie planuję. Jedyne plany, które zawsze buduje się wokół czegoś, to zlepek luźnych skojarzeń p.t. „byłoby fajnie zrobić to albo mieć to już wkrótce”. Chyba, że wiosna to beztroska. Ale tylko w grafomanii. Szarej.

    Zauważyłem pewien niepokojący symptom. Zarówno w głowie, jak i na zewnątrz niej, używam dla określenia aktualnej pory roku określenia jesień. Nie wiosna, nie zima nawet, tylko jesień. Jesień nie ma w sobie bajkowości zimy ani otwartości wiosny. Moim zdaniem jesień nawet nie jest złota, chyba, że złota jak wanna w kształcie serca, którą ustawiła sobie we własnym mieszkaniu za zdefraudowane pieniądze dyrektorka pewnej prominentnej instytucji kulturalnej, jak niedawno mi zdradził ktoś bliski. Nawet defraudować polscy urzędnicy nie potrafią z klasą… Złota jesień w połowie marca.

    Niech Hikmet wstanie z grobu, znowu zdycha pod respiratorem i napisze jak wszystko mnie wkurwia, ale kiedyś tam będzie piękne. Wstawaj Romantyczny Komuchu!

    Muzyka na dziś: Air – Le Voyage De Penelope

    Kochana.
    jaka to podłość –
    wtedy, gdy świat zerwał się z horyzontów
       i pędzi na mnie, spieniony,
    wtedy, gdy serce i myśl
       w ognisku huraganu –
    siedzieć jak basza na stołku drewnianym
       odpoczywając…
    Lecz nie mówmy o tym.
    Nazim Hikmet List

    Ten rok od początku jest zły, albo ktoś mi chce coś popsuć, albo coś psuje samo się, czy wreszcie ja psuję coś na własną rękę. Mam ochotę być okropną marudą. Złe ludzie pragną mi popsuć Rotundę (ach wy poznańscy kretyni, którzy zamiast w mieście jako obiekcie z duszą kochacie się w centrach handlowych, swoją drogą, obiektach wyjątkowo fatalnych architektonicznie), inne głupie ludzie podrzucają mi kłody pod nogi, pewni chłopcy zajmują miejsca, na które sam miałbym ochotę wskoczyć, a wczoraj po raz pierwszy od miliona lat poszedłem na dyskotekę HHM i było jeszcze gorzej niż zawsze w przeszłości. Ale koniec świata już dawno nastąpił, skoro ludzie, którzy w szerokich spodniach słuchają regie pytają się mnie czy nie wyskoczę z nimi na God Save the Queen, imprezę na którą z wywieszonym jęzorem latałem jako szesnastolatek. Przynajmniej na Open’era pozapraszali znowu fajne zespoły. Może będzie jak pięć lat temu, spadnie deszcz szczęścia i pieniędzy, a cały świat zaleje dobry design. Że na to złe, co mi się nie podoba, na każdą parę Ray Banów, każdego dresa, każdą studentkę z mojego lektoratu na uniwerku, każdego polskiego kibica, wszystko co jako egotyczny miastowiec określam zaimkiem wieś, każdego SURFERA (niektórzy wiedzą o co cho w tym ostatnim określeniu w moich ustach) spadnie jeden wielki Bauhaus. Wszystko stanie się estetyczne i fajowe, jak ręką odjął! Wyobraźcie sobie, wielki Bauhaus zamiast wszystkich pasażerów w tramwaju, zamiast presji otoczenia, zmęczenia i jakichkolwiek kłopotów!

    Póki co, nie mamy co na to liczyć. Tyle w tym wszystkim dobrego, że z ulic mojego pięknego miasta spłynął już w większości śnieg. Ten paskudny biały syf, który oblepiał mój wzrok i przyciągał sól i dziesiątki nieznanych nam kwasów, przez które wydaliśmy z mamą na pasty do butów więcej niż na buty, drogie buty, te nieszczęsne okropności zaniknęły w odmętach studzienek kanalizacyjnych i dodatnich temperatur. Chwała wiośnie! Nienawidzę zimy tak samo jak wielkopolski, a trzeba  było na nią patrzeć ciągnącymi się niczym najgorszy smród tygodniami. Średnia pokrywa śnieżna urosła do równo pół metra, niemalże osiągając poziom z zimy stulecia. Teraz mogę już ją pożegnać. Niech wszystko, co nieprzyjemne, zniknie tak samo jak ta biała wszechobecna kupa. Chciałbym zdmuchnąć każdą okropność i przestać się dąsać. Może się uda, niech się uda. Zagłębiam się w turecką literaturę, skrypty do mojej jedynej poprawki z prawa (ugh!) myśląc o tym jak będzie fajnie, kiedy znowu będzie fajnie! Kiedyś tam.
     

    Muzyka na dziś: Efterklang – Scandinavian Love, Kings of Convenience – Renegade


    • RSS